Pomysł Ministerstwa Skarbu, by wyssać z PKO BP ubiegłoroczny zysk, zbiera wśród wielu ekonomistów złe recenzje. Profesor Jerzy Osiatyński, b. minister finansów i członek rady nadzorczej PKO BP, mówi bez ogródek: "Jeśli ktoś żyje ze sprzedaży jaj, to nie powinien zarzynać kury, która je znosi". W czasie kryzysu nie powinno się osłabiać banków, tylko je wzmacniać - mówią zgodnie Sławomir Skrzypek, szef NBP, i Stanisław Kluza, przewodniczący KNF. I nie przekonuje ich to, że PKO BP w przyszłości chce zdobyć dodatkowy kapitał, sprzedając nowe akcje.
Stawką w tej grze jest nie tylko rozwój PKO BP. Oddając akcjonariuszom cały zysk, największy polski bank zmniejszy możliwości udzielania kredytów. A przecież rząd zapowiadał, że PKO BP, pożyczając firmom i osobom prywatnym, będzie pomagał w ratowaniu gospodarki przed kredytową suszą.
Minister i prezes PKO BP musieli to wszystko zważyć, kładąc na drugiej szali kwotę 1,8 mld zł, która wpłynie do budżetu państwa. Być może sytuacja budżetu państwa jest na tyle niewesoła, że nie było innego wyjścia?
Jeśli Ministerstwo Skarbu i zarząd PKO BP mają dobre intencje, to źle je sprzedali. Gdyby prezes PKO BP ogłosił: najpierw sprzedamy nowe akcje, a potem pomyślimy o dywidendzie, rynek nie oceniłby go tak surowo.
W dwa dni wycena rynkowa PKO BP spadła o 2 mld zł, analitycy zaś na wyścigi zaczęli obniżać swoje szacunki wartości banku. Przez to bank może mniej zarobić na ewentualnej sprzedaży nowych akcji.
Źródło: Gazeta Wyborcza