Ostatnio rzadko jeżdżę do Krakowa - niewielu krewnych tam przetrwało, bo życiowe drogi rozeszły się na przestrzeni wieków, jakie dzielą nas od daty przybycia do tego pięknego miasta naszych przodków. Znajomych z czasów bujnej młodości też trudno spotkać - emerytura posłała ich w przedsionek niepamięci. Niektórzy padli ofiarą czystek lustracyjnych, które w Krakowie zebrały całkiem obfite żniwo, i skazani pomówieniami na jakże często niezasłużony ostracyzm unikają kontaktów w obawie, że na ich widok dawni koledzy przejdą na drugą stronę ulicy.

Okazja, dzięki której znalazłem się pod Wawelem, była niecodzienna. W dwudziestą piątą rocznicę śmierci Karola Estreichera jun. w odremontowanym domku na Woli Justowskiej otwarto Muzeum Rodu Estreicherów. Zebrał się "cały Kraków" - zabrakło, jak zwykle, patronów honorowych - prezydenta Majchrowskiego i kardynała Dziwisza, których reprezentowały mniej godne substytuty. Ale nazwiska zebranych w drewnianej "willi" ludzi nauki, kultury i sztuki były najwyższej próby - dojrzałem np. dyrektora Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego, następcę Estreichera w gmachu Collegium Maius - prof. Waltosia. Wreszcie prawdziwych historyków spotykamy coraz rzadziej, dziś bowiem to miano, wraz ze stosownym rozgłosem i apanażami, można otrzymać za opisy sikania do wody święconej.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej