Historia Holendra wprowadziła mnie w świat, którego istnienia woli nie zauważać prawie żaden biały Polak. Dlatego, że jest biały. Nie usłyszy pieszczotliwych uwag: "Popatrz, syneczku, idzie Bambo" i dosadnych: "Ty czarna małpo, asfalcie".
Wrocław nie jest wyjątkiem. Nasz polski rasizm powszedni daje znać o sobie od morza do Tatr, od Bugu do Odry, grasuje w wielkich miastach, zagląda do prowincjonalnych miasteczek.
Ostatnio w Białymstoku trzech byczków zwyzywało i uderzyło ciemnoskórą studentkę ze Szwecji. Dlatego że ma karnację inną niż rodowity białostoczanin.
Często słyszę, że rasistowskie wybryki to w Polsce margines. I że osiłków wrzeszczących "white power" można znaleźć na całym świecie.
Chętnie wierzę, lecz mam przed sobą "Brunatną księgę" wydaną przez stowarzyszenie Nigdy Więcej i Collegium Civitas. Na 470 stronach gęstego druku kilkanaście lat naszej najnowszej historii - suche, kilkuzdaniowe notki o setkach incydentów i przestępstw na tle rasistowskim i ksenofobicznym: antysemickie napisy i otwarcie kolportowana literatura wzywająca do nienawiści, bicia cudzoziemców, nawet zabójstwa. To tak wygląda margines?
Niedawno jeszcze rządziła nami partia odwołująca się do najbardziej ciasnego, mrocznego patriotyzmu. Państwową telewizją włada dziś człowiek o neonazistowskiej przeszłości. Skoro takie poglądy zagościły w centrum polskiego życia publicznego, nie dziwmy się młodzieńcowi, który przed białostockim sądem mówi z niezmąconą wstydem wiarą, że jest prawdziwym patriotą, bo nienawidzi Żydów, Cyganów, Murzynów.
Prof. Lech Chyczewski z białostockiego Uniwersytetu Medycznego uważa, że większość z nas ma rasistowskie bazgroły na murach za mało istotne wyskoki. I że właśnie od takiego lekceważenia się zaczyna. Ma rację.
Rasizm, nawet w ulicznym wydaniu, jest czymś nieskończenie niegodziwym.
Jeśli ludzie przymykają na to oko, stają się współuczestnikami podłości.
Źródło: Gazeta Wyborcza