Czytaj też: Rosyjski Izrael | Tak źle w Izraelu jeszcze nie było
>
Skrajnie prawicowa partia Liebermana, na którą głosowali głównie emigranci z byłego ZSRR, weszła do koalicji budowanej przez prawicowy Likud Beniamina Netaniahu. Z arytmetyki wyborczej wynikałoby, że jej liderom należą się rządowe stanowiska. Problem w tym, że akurat
Izrael nie powinien stosować się do prostych prawideł arytmetyki.
Ostatnie wybory tak naprawdę niewiele w Izraelu zmieniły, jeśli idzie o podstawowe cele strategiczne: skuteczne rozmowy o pokoju z Palestyńczykami i przyjęcie rozwiązania "dwa państwa dla dwóch narodów".
Szef
MSZ jest członkiem "wielkiej trójki" gabinetu Izraela - obok premiera i ministra obrony decyduje o stosunkach z sąsiadami i w którą stronę pójdzie proces pokojowy z Palestyńczykami. Musi uważać na słowa, gdyż w polityce słowa są niekiedy równie ważne, jak czyny. Lieberman, jak dotychczas, zrobił niewiele. Lecz powiedział stanowczo za dużo.
Czy ministrem spraw zagranicznych Izraela może być człowiek, który mówił, że należy zbombardować tamę w Assuanie? Albo jednego dnia, żeby uznać Autonomię, lecz następnego dnia - żeby zniszczyć Ramallah? Zaatakować Syrię? Palestyńskich więźniów utopić w Morzu Martwym?
Jaki arabski polityk siądzie z takim ministrem do stołu rokowań? Jaki będzie chciał rozmawiać z rządem, w którym jedno z najważniejszych stanowisk zajmuje człowiek nazywany faszystą i rasistą? Który lider Autonomii (jeśli takowy w końcu się wyłoni) odważy się na negocjacje z takim partnerem? Obawiam się, że żaden.
Zresztą jaki polityk z krajów przyjaznych Izraelowi będzie miał ochotę na wysłuchiwanie podobnych andronów? Kto dojrzy różnicę między liderami terrorystycznego Hamasu, a izraelskim politykiem-rasistą? Lieberman w rządzie to samobój wbity we własną bramkę. Wybory nie mają tu nic do rzeczy.
Powiadają, że Awigdor Lieberman mówił, co mówił, bo nie musiał odpowiadać za słowa. Oraz - że w rządzie Izraela nie będzie mieć wiele do gadania. Oraz - że będąc ministrem w poprzednich rządach wykazał się przede wszystkim lenistwem. Wątpliwa to pociecha, by tłumaczyć, że lenistwo ministra jest szansą rządu.
Są również tacy, którzy mówią, że Lieberman zna swoje ograniczenia. Co z grubsza oznacza - jakoś to będzie. Lecz w sytuacji Izraela "jakoś" z reguły oznacza coś niedobrego.
Nie spotkałem w Izraelu nikogo, kto - opisując Awigdora Liebermana - powiedział, że ludzie zmieniają się na lepsze. Lider sowieckich emigrantów - zdaje się, że sam homo sovieticus - nie rokuje poprawy. To wróży jak najgorzej dla Izraela, dla Autonomii, dla całego Bliskiego Wschodu, a - być może - dla nas wszystkich.
Chyba, że zdarzy się cud. Ziemia Święta właśnie z tego słynie.