Oligarcha siedzi od 2003 r., bo nie uznał ustalonych przez Kreml reguł gry: społeczeństwo, biznes i opozycja siedzą cicho, rezygnują z ambicji politycznych, a władza, korzystając z naftowego eldorado, zapewnia stabilność i rozwój.
Chodorkowski miał swoich ludzi w regionach (nie byle jakich, bo gubernatorów), korzystał z gigantycznych ulg podatkowych w zamian wielkie inwestycje w przemysł naftowy.
Nie było to etyczne ani legalne, ale w tym samym czasie dokładnie to samo robili pozostali oligarchowie.
Chodorkowski wyróżniał się tym, że był uparcie prodemokratyczny i proamerykański, co w Rosji wciąż traktuje się jak grzech śmiertelny. Nie chciał dogadywać się z władzą, licząc, że w jego obronie stanie świat. Swoją fundację charytatywną nazwał Otwarta Rosja. Marzył o stworzeniu społeczeństwa obywatelskiego.
To nie mogło ujść bezkarnie. Co innego, gdyby kupował luksusowe jachty i zagraniczne kluby piłkarskie.
Car ropy poszedł za kraty, a inni bogacze wybrali los ulubieńców władzy. I teraz, mimo kryzysu, oni - Abramowicz, Deripaska, szefowie Gazpromu - dostają miliardowe podarki od państwa.
A Chodorkowski siedzi i raczej nie ma szans na przedterminowe wyjście. Ktoś musi bardzo się bać, że nawet po wyjściu z więzienia za dwa lata Chodorkowski mógłby sporo opowiedzieć o rosyjskim biznesie i polityce. Trzeba więc niewygodnego oligarchę zatrzymać w tiurmie.
Rządy prawa zapowiadane przez prezydenta Miedwiediewa pozostają fikcją. Rosja narzeka, że ma fatalną prasę na Zachodzie, jest nierozumiana i krytykowana. Ale sama wytrwale na takie opinie pracuje.