SLD i Platforma nie są w stanie uzgodnić zmian w ustawie medialnej. Kością niezgody jest sposób finansowania Funduszu Zadań Publicznych. PO chce, by Fundusz dostawał pieniądze z podatku VAT płaconego przez spółki medialne. Sojusz tego nie akceptuje.
Do tej pory nie wiedzieliśmy, na co idą pieniądze z abonamentu. Może na widowiska typu "Gwiazdy tańczą na lodzie"? Projekt PO zakłada, że Fundusz przyznaje publiczne pieniądze na produkcję konkretnych programów, tzw. misyjnych. Dlatego projekt ten jest godny rozważenia i Sejm powinien nad nim pracować.
Ale nie tylko dlatego. Dziś obserwujemy dalsze gnicie telewizji publicznej rządzonej przez byłego neonazistę i nominata Samoobrony. Swoje pięć minut wykorzystują, by zatrudnić w TVP kolegów. Nie mają żadnej "misyjnej" strategii, a jako władza tymczasowa nie zapewnią telewizji dobrego zarządzania i przyzwoitych zysków. Media publiczne potrzebują władz stabilnych i kompetentnych, które powstrzymają ich degradację.
Pat między SLD a Platformą może świadczyć o tym, że gnijąca TVP im nie przeszkadza. Być może Sojusz uważa, że Piotr Farfał i Tomasz Rudomino dadzą mu większe wpływy w telewizji niż alians z PO. A Platformie wystarczy, że telewizja nie jest już w rękach PiS i że nie widać ręcznego sterowania programami informacyjnymi. I w dodatku nikt nie zarzuci Platformie, że teraz to ona zawłaszczyła media publiczne.
Najgorzej na tym wszystkim wyszedł PiS. Jarosław Kaczyński stracił tam wpływy, ale nie może głosić tego, co lubi najbardziej - że media publiczne tępią jego partią i wysługują się rządowi. Dlatego prezes teraz deklaruje, że wesprze rząd w wyrzucaniu władz TVP.
Lecz największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz... bo Tusk pomocy Kaczyńskiego nie chce.
Grozi nam zatem, że telewizyjna prowizorka potrwa dłużej, niż sądziliśmy.