Wczoraj do Brukseli przyjechał minister spraw zagranicznych Vuk Jeremić. Sondował teren przed formalnym zgłoszeniem chęci wejścia do UE. Zapowiadał, że Serbowie zrobią to jeszcze w tym półroczu, gdy Unii przewodniczą ciepło patrzący na ten pomysł Czesi. W 2010 r. chcieliby rozpocząć negocjacje członkowskie.
To przełom. Jeszcze rok temu w Serbii spierali się proeuropejczycy i zwolennicy zacieśniania stosunków z Moskwą. Rosja w sporze o Kosowo - wyjątkowo dla Serbów bolesnym - stanęła po ich stronie, tymczasem większość krajów UE uznała niepodległość prowincji.
Gdy w grudniu Serbia sprzedała rosyjskiemu Gazpromowi swe rafinerie i gazociągi, wydawało się, że wahadło sympatii przechyla się w kierunku Moskwy. Dziś Serbowie w ponad 60 proc. opowiadają się za wejściem do UE. Wpłynął na nich prawdopodobnie kryzys gazowy.
Marznący Serbowie, którzy w 100 proc. zależą od rosyjskiego gazu, wściekli się na własny rząd, że nie zrobił odpowiednich zapasów, lecz także na rosyjskiego sojusznika. W Kragujevacu, czwartym największym mieście, demonstranci spalili nawet rosyjską flagę.
Dzięki samobójowi Rosji Unia wygrała tę rundę walki o Serbię. Nie jest jednak oczywiste, czy wykorzysta okazję. Niektóre kraje uważają, że Belgrad jest zupełnie niegotowy na zbliżenie z UE. Słabo współpracuje z haskim Trybunałem ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii (wciąż na wolności przebywa choćby gen. Ratko Mladić), nie umie ukrócić korupcji.
- Wystąpienie o członkostwo to szlachetna aspiracja, ale spełnienie kryteriów nie będzie łatwe - komentował wczoraj polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.
Jeśli Unia nie zacieśni więzów z Belgradem, będzie musiała znaleźć inne marchewki, by nie zniechęcić Serbów do integracji. Ci w przeciwnym razie mogą poczuć się niemile widziani w Unii. Moskwa z pewnością nie przepuściłaby takiej okazji.