Zobacz:
Atom dla Polski - raport "Gazety"Pół roku temu "Gazeta" zaczęła debatę na temat energii jądrowej dla Polski. Odzew był ogromny, głos zabrali zwolennicy i przeciwnicy atomu. Musimy to rozważyć - mówił Donald Tusk, a jego wiceminister Waldemar Pawlak obiecał, że do końca roku będzie decyzja, czy budować elektrownię jądrową, czy nie.
Właśnie zbliża się koniec roku.
Dziś mamy rozgrzebany projekt dokumentu o dumnej nazwie "Polityka energetyczna do 2030 r.". Mówi o możliwości budowy elektrowni atomowej, o ile będzie akceptacja społeczna - czyli nic nie mówi. "Polityka..." do końca roku przyjęta nie będzie. Oficjalnym powodem jest spadek cen ropy i gazu, co wymaga zmiany projektu.
Konia z rzędem temu, kto potrafi racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego decyzji o atomie nie można podjąć niezależnie od ceny ropy. Przecież elektrownię jądrową chcemy budować nie dlatego, że ropa czy gaz są drogie, czy tanie!
Musimy ją zbudować, bo kurczą się nam złoża węgla. W tym roku po raz pierwszy importujemy go więcej, niż eksportujemy! Musimy, bo unijna polityka klimatyczna powoduje, że energia z węgla będzie drożeć. A w Polsce produkujemy z niego aż 94 proc. prądu. Kominy dymią i za to - decyzją UE - trzeba będzie słono płacić.
Rząd w negocjacjach pakietu klimatycznego w Brukseli osiągnął sporo - nagłych podwyżek cen prądu od 2013 r. nie będzie. Ale pakiet energetyczny w 2020 r. wejdzie w pełni w życie i za emisje CO2 zapłacimy dziesiątki miliardów złotych.
Zamiast planu mamy chaos. Z jednej strony premier Tusk entuzjastycznie twierdzi, że elektrownia atomowa - a może nawet dwie - powstanie już w 2020 r. Z drugiej - Waldemar Pawlak "nie rozumie", dlaczego mielibyśmy postawić na technologie jądrowe, drogie i importowane. Pawlak liczy raczej, że naszą energetykę uratują naturalne źródła energii. Przypomina to znane z anegdoty poglądy na gospodarkę Władysława Gomułki: "Po co mamy kupować drogie cytryny, skoro witamina C jest też w cebuli?".
Polskie energetyka i górnictwo mają mało czasu na zmiany, w Brukseli zyskaliśmy tylko 10-15 lat. Musimy dokonać rewolucji: radykalnie zmniejszyć zależność od węgla.
Nie zastąpią go źródła odnawialne, bo nawet najwięksi entuzjaści twierdzą, że energia z wiatru i biomasy do 2020 r. pokryją najwyżej 15 proc. potrzeb. Nie zastąpi nam go też całkowicie atom, ale pomoże ograniczyć emisję CO2 i zapewni nam bezpieczeństwo energetyczne, bo grozi nam po prostu deficyt węgla. Dziś z Rosji sprowadzamy ropę i gaz, grozi nam uzależnienie także od węgla.
Musimy też budować nowe elektrownie, bo stare się sypią.
Jeśli nie zrobimy nic, efekty odczujemy już za osiem-dziesięć lat. Przerwy w dostawach prądu będą czymś normalnym i trzeba będzie posiedzieć czasem przy świeczkach. Polska przerabiała to już w latach 80. Dziś ćwiczy to Republika Południowej Afryki, która nie zdobyła się na wizję rozwoju energetyki w perspektywie dłuższej niż najbliższe wybory.
Nie wiem, kim będzie wtedy Donald Tusk, ale to będzie także jego odpowiedzialność.
Jest jedna pociecha. Sondaże pokazują, że coraz mniej Polaków boi się energetyki jądrowej. Samorządowcy wręcz proszą rząd o lokowanie atomowej inwestycji na ich terenie. Oni już rozumieją, że energetyka jądrowa może być wielkim projektem modernizacyjnym.
Waldemar Pawlak nie rozumie. Więc pytam wicepremiera: W czym jesteśmy gorsi od Francuzów, którzy na atom postawili już dawno? Dlaczego Polska - jak dziś Czesi - nie miałaby za 20-30 lat eksportować technologii jądrowych?
