Po rządach obłędu i niekompetencji Donald Tusk był jak gen. Anders na słynnym białym koniu, na którego Polacy czekali pół stulecia wcześniej. I chwała mu za to. Ale rok później coraz bardziej liczy się co innego. Kiedy za rok czy pięćdziesiąt lat będziemy oceniali rząd Tuska, odsunięcie PiS-u mniej będzie się liczyło niż skuteczność kryzysowego przywództwa. A tu Donald Tusk radzi sobie średnio.
W "Gazecie" Stefan Kawalec pokazał ostatnio, jak rząd mógłby myśleć o walce z kryzysem i co mógłby zrobić, żeby gospodarka się jednak nie zacięła. Była to bardzo ciekawa lekcja ekonomicznych refleksji i refleksu, których rządowi zadziwiająco brakuje.
Podsumowując rok urzędowania, premier zapewniał, że traktuje kryzys poważnie i wie, jak z nim walczyć. Ale chwalił się posunięciami, które do tego kryzysu niezbyt dobrze pasują. Gdy inne rządy koncentrują się na udrażnianiu rynku finansowego i pobudzaniu gasnącego popytu, rząd Tuska chwali się ograniczającym popyt równoważeniem budżetu, choć fikcja przyjętych w nim parametrów jest już oczywista. Gdy inni zwiększają transfery społeczne, by ludzi niezamożnych zachęcić do kupowania i pomóc przedsiębiorcom w zdobyciu klientów - polski premier dumny jest z kosztownego obniżenia PIT dla mniej niż jednego procentu najbogatszych.
Depozyty w bankach się niebezpiecznie kurczą, bo ciułacze przestali ufać bankierom. Na wyższe gwarancje oszczędności poczekamy jednak nie wiadomo ile, bo rząd połączył ich wprowadzenie z odebraniem prezesowi Skrzypkowi kontroli nad Bankowym Funduszem Gwarancyjnym i z przekazaniem jej min. Rostowskiemu. W ten sposób techniczna, niekontrowersyjna, antykryzysowa decyzja została upolityczniona i wpisana w logikę walki Platformy z ludźmi prezydenta.
Banki nie chcą sobie nawzajem pożyczać i bojąc się braku płynności, ograniczają kredytowanie przedsiębiorstw, przez co przedsiębiorcy wstrzymują inwestycje i przygotowują zwolnienia. Rząd jednak tak kroi gwarancje dla międzybankowych transakcji, że nawet gdy wejdą w życie, nie będą miały wielkiego znaczenia.
Na tle radykalnego działania innych rządów jest to dziwne. A staje się bardzo dziwne, gdy zwróci się uwagę, jak chętnie premier zgodził się, by na brukselskim szczycie antykryzysowym Polskę reprezentował prezydent, i jak łatwo przełknął nieobecność Polski w Waszyngtonie, gdzie zaczęły się prace nad nowym globalnym ładem.
Rząd słyszy coraz głośniejsze apele przedsiębiorców i zwykłych obywateli domagających się interwencji państwa. Udaje więc, że coś w sprawie kryzysu robi. Ale zdaje się w ten kryzys nie wierzyć lub liczyć, że u nas rozejdzie się on po kościach. Na płynące z Zachodu wezwania Tusk odprawia antykryzysowe egzekwie, ale robi to rytualnie. Tak by w istocie zrobić możliwie mało. Bo żeby robić dużo, musiałby wyrzec się wiary w małe państwo i omnipotencję rynku.
Kilka miesięcy temu, gdy Leszek Balcerowicz, Donald Tusk i nawet Lech Kaczyński opowiadali o mocnych fundamentach naszej (a także amerykańskiej) gospodarki oraz zapewniali nas, że kryzys nie jest groźny i Polski nie dotknie, można było brać to za dobrą monetę. Gdy gołym okiem widać, że był to pogląd błędny, spokój rządu staje się niebezpieczny. Zawieszenie broni między PO i PiS niewiele tu pomoże. Nie spokój czy optymizm jest teraz potrzebny, lecz twórczy, aktywny, konstruktywny niepokój w obliczu zagrożenia. Rząd musi wreszcie ten kryzys z całą powagą uznać. Bo zakląć się go już nie da.
Jacek Żakowski, "Polityka"