Kampania była tylko probierzem wskazującym, co wybrał. Jasne jest, że rezultaty wszelkich głosowań u naszych sąsiadów z góry ustala Łukaszenka. Jasne jest też, że mógł wpuścić do swego kieszonkowego parlamentu paru opozycjonistów. Nie byliby w stanie w niczym mu zaszkodzić.
Cena żadna, a potencjalny zysk duży, bo to choćby inwestycje, których Białoruś potrzebuje. Ale Łukaszenka zagrał na nosie Europie. Do Izby Reprezentantów wpuścił tylko swoich ludzi. Ten gest podoba się Moskwie, która już mówi, że niedzielne wybory na Białorusi były przeprowadzone wzorowo. I pewnie Mińsk dostanie teraz tani gaz i ropę.
Dyplomacja europejska, polski MSZ i jego szef Radosław Sikorski, który w imieniu UE prowadził przedwyborcze negocjacje z szefem MSZ Białorusi, ponieśli klęskę. Kpina, z jaką Łukaszenka skwitował te wysiłki, to gorzka i przykra nauczka. Dowodzi, że układy z dyktatorem nie mają sensu. Ale nie dowodzi tego, że na Białorusi trzeba postawić krzyżyk. Trzeba zbliżać do Europy naród białoruski, choćby starając się o wprowadzenie ułatwień wizowych. Trzeba wspomagać białoruską opozycję.