Zamęt w Kijowie to zamieszanie na wulkanie. Na awanturach między politykami pomarańczowymi zyskuje tylko Moskwa. Rosja pewnie nie planuje przekształcenia Krymu w Południową Osetię i nie myśli o wykorzystaniu swej bazy w Sewastopolu do inwazji na półwysep.
Bo Rosja nie potrzebuje Krymu. Rosja potrzebuje Ukrainy całej. A wciągnie ją z powrotem w sferę swoich wpływów, jeśli demokratyczne przemiany zapoczątkowane cztery lata temu zakończą się katastrofą i kompromitacją zwycięzców z Majdanu. Wtedy na ich miejscu będzie mogła posadzić swojego człowieka.
To, co się wydarzyło we wtorek i środę w Kijowie, tylko nas zbliża do tej katastrofy.
I jeszcze jeden powód, dla którego nie możemy patrzeć na Kijów z ironicznym politowaniem. Warszawa sama już dawno postanowiła, że odpowiada za europejską przyszłość swojego sąsiada.
To może dziwić, ale w Kijowie mamy jeszcze jakiś autorytet, nie wszystko jeszcze zniszczyliśmy swoimi warszawskimi burzami w szklance wody i liczą się tam jeszcze z nami.
Przywódcy Polski powinni jak najszybciej potrząsnąć swoimi partnerami z Kijowa i - jeśli trzeba - to krzykiem i nie przebierając w słowach, wytłumaczyć im, że najważniejsze jest nie to, kto za półtora roku zostanie prezydentem Ukrainy. Ważne jest, by Ukrainą rządził demokratycznie wybrany prezydent, a nie generał-gubernator.