W ciągu ostatnich kilkunastu lat moje poglądy na temat relacji polsko-żydowskich bardzo się zmieniły. Być może moja droga jest doświadczeniem także innych moich rówieśników, którzy większość edukacji odebrali w PRL, a w dorosłe życie wchodzili w epoce Okrągłego Stołu.

Wychowałam się w środowisku, w którym antysemityzm nie istniał, nikt nie badał, kto jakie ma korzenie i co z tego wynika. To środowisko to moja liczna rodzina z tradycją polskiego ziemiaństwa w tle, warszawski Klub Inteligencji Katolickiej i podwarszawska Falenica z moimi przyjaciółmi z robotniczych i inteligenckich rodzin.

Owszem słyszałam o Marcu '68, ale uważałam, że odpowiedzialność za to ponoszą komuniści, których w żaden sposób nie można utożsamiać ze społeczeństwem. Pierwszy raz z antysemityzmem spotkałam się we Francji, mając 18 lat, kiedy to żona pewnego eurodeputowanego spytała mnie, czy wyszłabym za mąż za Żyda, bo ona nigdy by się na coś takiego nie zdecydowała. Zamurowało mnie.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej