Takiego pokazu cynizmu nie widzieliśmy od dawna. W październiku 2007 r., tuż przed wyborami, słyszeliśmy, jak wielkim osiągnięciem jest wynegocjowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego traktat lizboński. Najwięcej miodu pod adresem brata lało się z ust Jarosława Kaczyńskiego.
I oto, gdy w wyborach PiS wziął tęgie baty, prezes głosi, że ratyfikacja traktatu będzie zgodą na "województwo polskie w UE".
Akt ratyfikacji - święto oczekiwane przez euroentuzjastyczne polskie społeczeństwo - utopiono na Wiejskiej w politycznym błocie. To, co wczoraj dla Kaczyńskiego było zwycięstwem, dziś jest zagrożeniem - tylko dlatego, by jego lecąca w sondażach na łeb na szyję partia nie straciła poparcia skrajnej narodowo-katolickiej prawicy. Jej reprezentanci są także w klubie PiS.
Jarosław Kaczyński woli narazić na szwank zbiorowy wysiłek całej Unii Europejskiej, a Polskę wystawiać na pośmiewisko, byle tylko wyjednać dla swej partii łaskawość ojca dyrektora i zachować moralno-ideologiczną jedność klubu PiS.
Niestety, zawiodła koncyliacyjna taktyka PO. Donald Tusk - ku rozczarowaniu większości Polaków - zrezygnował z podpisania Karty Praw Podstawowych, licząc, że dzięki temu prezydent i PiS nie zablokują traktatu. Dał Kaczyńskiemu palec, a on bierze całą rękę. Tak było zawsze. Dlaczego Tusk sądził, że tym razem będzie inaczej?
Prezydent Kaczyński namawia do kompromisu. Z kim i o czym ten kompromis, skoro Polacy chcą integracji z Unią, już z niej korzystają i obiecują sobie po niej lepszą przyszłość?
Brat prezydenta ma tego świadomość. W "Naszym Dzienniku" przyznaje, że "gdybyśmy się zdecydowali na referendum, to już byśmy nie mieli nic do powiedzenia, na pewno przeszłaby Karta Praw Podstawowych".
Wracając niedawno z Lizbony, prezydent Kaczyński ogłaszał: - Polska w istocie wywalczyła wszystko, co chciała.
Co zatem jeszcze chce prezydent negocjować? Jeśli pragnie być wyrazicielem większości Polaków, powinien wyciągnąć wnioski z własnych słów. Stać się pierwszym rzecznikiem traktatu, rzecznikiem Polaków, a nie brata. Suwerenną głową państwa, a nie funkcjonariuszem PiS.
Żadne negocjacje nie mają już sensu. Tusk powinien działać wedle zasady: chcesz pokoju, szykuj się do wojny. PO ma za sobą 60 proc. Polaków. Pozytywnie o członkostwie Polski w Unii wypowiada się 71 proc., tylko 5 proc. jest przeciw. Skoro więc ratyfikacji nie potrafią przeprowadzić politycy, niech społeczeństwo wyręczy ich w referendum.
Niech odpowie, czy Polska ma być zdrowym człowiekiem Europy, czy też hamulcowym integracji. Niech Polacy odpowiedzą, czy chcą Karty Praw, czy nie. Niech naród zdecyduje, gdy niezdolni są do tego koniunkturalni i pełni kompleksów jego przedstawiciele, których europejska wizja nie sięga dalej niż do Torunia.
***
Czekamy na Wasze opinie:
listydogazety@gazeta.pl