Uzasadniając w wywiadzie dla tygodnika "Wprost" tę potrzebę, wymienia kompetencje prokuratorskie, nad którymi rząd powinien mieć kontrolę: wnioski o areszt, stawianie zarzutów (zapomniał o zgodzie na podsłuch i prowokację). Potem mówi o tym, że władza prokuratora polega też na tym, że może działać opieszale lub szybko; aż się prosi dodać: zależnie od potrzeby rządu. Prokuratura za czasów Zbigniewa Ziobry była tego najlepszym przykładem. A mistrzem Ziobry był sam Lech Kaczyński, który - jako minister prokurator generalny z dumą potwierdzał, że ręcznie steruje prokuraturą.
W wywiadzie dla "Wprost" powołuje się zresztą na to doświadczenie. Mówi: "Energiczny prokurator generalny jest w stanie nadać zupełnie nowy impuls pracy śledczych". Rzeczywiście, gdy minister Lech Kaczyński polecił prokuratorom masowe wnioskowanie o areszty, w polskich więzieniach zaczęliśmy notować rekordy 150 proc. wykorzystania miejsc.
Lech Kaczyński wrócił do wielkiej polityki właśnie jako dzielny szeryf - prokurator generalny, który ręcznym sterowaniem miał zaprowadzić prawo i sprawiedliwość. Wtedy też powstała partia o tej nazwie. A na pomyśle, że trzeba rządzić państwem za pomocą służb specjalnych i organów ścigania, ufundowano tzw. projekt IV RP.
Nic więc dziwnego, że prezydent zapowiada, że zawetuje rozdział funkcji ministra sprawiedliwości, nawet jeśli ma sto procent pewności, że weto będzie odrzucone.
Rzeczywiście, będzie to wyłącznie symboliczny gest wierności idei IV RP. Bez znaczenia politycznego - na szczęście. Bo w normalnym państwie o tym, kogo i za co ścigać, kogo podsłuchiwać i kogo prowokować, powinno decydować prawo, a nie polityka rządu.
Źródło: Gazeta Wyborcza