RFG to dla Rumunów nasz RFN. Trzy litery oznaczające Republikę Federalną Niemiec. Dla wielu mieszkańców Bukaresztu skrót ma też drugie znacznie: Rahova-Ferentari-Giurgiului. Trzy romskie getta, zaklęty krąg, do którego obcy nie wchodzą. Bo po co? Żeby dostać w głowę lub kosą pod żebro? Z domów, które przypominają śmietniki, śmierdzących zgnilizną podwórek i totalnej beznadziei czasem udaje się jednak uciec. I to nie tylko do Włoch czy do Hiszpanii, na co często decydują się teraz Romowie, przysparzając kłopotów rządom w Rzymie, Madrycie i Bukareszcie.

Crina Morteanu ma 25 lat, jest Cyganką i całe życie spędziła w Ferentari. Spotykamy się na stacji metra Eroi Revolutiei. Kilka minut jazdy szybkimi, nowoczesnymi wagonikami od centrum Bukaresztu. Jestem chwilę przed czasem, staję koło wyjścia z podziemia i czekam. Dookoła tłum ludzi wracających z pracy. Po kilku sekundach podchodzi niewysoka, korpulentna dziewczyna o kasztanowych włosach.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej