Jesteśmy Radykalnymi Feministkami (RF). Podobno różnimy się zasadniczo od tzw. Normalnych Polskich Kobiet (NPK) - tak głosi stereotyp powtarzany przez media.

Miałyśmy tego nie robić, ale niech tam. Z okazji Dnia Kobiet zdradzimy Wam straszną tajemnicę: specjalnie się od Was nie różnimy. NPK mówi czasem: "Nie jestem feministką, ale.", po czym celnie charakteryzuje przejawy dyskryminacji. To samo nam przeszkadza, doskwiera, razi, mierzi i wkurza. Co więcej, wszystkie wierzymy, że Polka potrafi. Tyle że my nazywamy siebie feministkami. Bez "ale".

Na pytanie, co to jest feminizm, odpowiadamy: "Kobiety mają gorzej. Można to zmienić, a nawet trzeba" (o Trzebie będzie za chwilę). Na pytanie: "Czy można się do Was zapisać?", odpowiadamy: "Zapraszamy do działania". Nie mamy centralnego komitetu ani głównego biura.

Słyszymy często, że nasze poglądy, owszem, są nawet i słuszne, ale wszystko robimy nie tak. Jesteśmy za radykalne, za agresywne. Nie mamy dystansu do siebie, działamy nieskutecznie i za łatwo odpuszczamy, bo jakoś na oko nie widać efektów naszych starań. Nasze poczucie humoru zostało zgaszone przez poprawność polityczną. Nie śmieszą nas dowcipy o blondynkach i wścieka klepanie kobiet po pupach. Niektórych panów łączy rechot Leppera, gdy mówią o kobietach i prostytutkach, o tym, którą aktorkę by dmuchnęli albo jakie szparki mają ich sekretarki. A my dzielimy zamiast łączyć.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej