?Przez pierwsze tygodnie kwietnia nikomu z głównych mediów i żadnemu politykowi nie przyszło do głowy, że są ludzie wzruszający ramionami na tego czy innego papieża (i że nie są to nihiliści, sataniści i upodlone wyrzutki, tylko porządni, szanujący bliźniego mieszczanie). A ja mam i dla Kościoła, i dla papieża rodzaj życzliwej obojętności przechodzącej niekiedy w szacunek. Było mi smutno, gdy patrzyłem, jak umierał. Jego śmierć to oczywiście strata. Nie miałem jednak ochoty na robienie żadnych gestów o 21.37. Czasami bałem się głośno powiedzieć, że zatrzymywanie na tydzień życia w całym kraju to gruba przesada i że mam prawo pójść w tym czasie do kina, zwłaszcza że jest mnóstwo niewesołych filmów. Zmarły papież to jedna z najważniejszych osób w historii rozwoju polskiej samoświadomości zbiorowej XX w., ale nie król - o królu mówił poeta Miłosz i jako poecie wolno mu. Nad Wisłą jest jednak garstka spokojnych, żyjących na swój sposób godnie i przyzwoicie ludzi, którym papież był i jest obojętny, zarówno jako wzór moralny człowieka, jak i wzór Polaka?.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej