1 | Kiedy rząd premiera Buzka wprowadzał zmianę systemową w polskiej oświacie, powołując nowy element - gimnazjum - w środowisku szkolnym nie brakowało obaw. Sam byłem mocno sceptyczny wobec nowego segmentu systemu i z pozycji niedowiarka przeprowadzałem wywiad z ówczesnym ministrem edukacji Mirosławem Handtkem. Pierwsze lata funkcjonowania gimnazjów zdawały się potwierdzać (także formułowane przeze mnie) czarne scenariusze - w nowej szkole nasiliły się kłopoty wychowawcze, bo uczniowie gimnazjów gwałtownie poczęli szukać w nich swego miejsca i pomysłu na zaistnienie w nowej grupie rówieśników.

Autorzy podstaw programowych, programów i podręczników, a także sami nauczyciele zostali zmuszeni do ukształtowania tożsamości tej nowej przestrzeni edukacyjnej, jaką stało się gimnazjum. W nieuchronny sposób czynili to metodą prób i błędów.

Gimnazja zyskały złą sławę i zabrały ją w przyszłość. Dziś w postaci potocznego mitu ta zła sława osłabia bunt wobec złej zmiany, zmiany fatalnej, jaką jest wdrażana właśnie reforma edukacji firmowana nazwiskiem Anny Zalewskiej. Ona sama odwołuje się do złej pamięci o gimnazjach i - albo w nieświadomości, albo w złej woli - podtrzymuje ten bezpodstawny i szkodliwy stereotyp. Bo prawda jest taka, że intuicja ministra Handtkego była trafna - gimnazja rzeczywiście dały nową szansę naszym dzieciom. I one ją świetnie wykorzystały. A mogłyby jeszcze lepiej, gdyby komuś nieoczekiwanie nie przyszedł do głowy kuriozalny pomysł - zlikwidować gimnazja.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej