Jarosławowi Kaczyńskiemu z bilansu wyszło, że straty z powodu rozpętania wojny aborcyjnej są o wiele wyższe niż potencjalne zyski. Skala "czarnego protestu" uświadomiła mu, że konflikt ten zaktywizuje kolejne grupy społeczne przeciwko PiS. Grupy, które polityką interesują się średnio, ale drastyczny projekt zakazu wzbudził ich gorący sprzeciw. Wtedy zaś władzy grozi, że zmobilizują się przed wyborami i zagłosują przeciwko niej. Mielenie projektu zakazu w Sejmie (nawet jeśli PiS nie chciałby go uchwalić) dałoby paliwo do jeszcze szerszego oporu. Dlatego Kaczyński wolał, z dwojga złego, rozczarować radykałów antyaborcyjnych. Oni wszak na razie nie mają na kogo głosować.

Kaczyński zapewne skonsultował wcześniej swoją decyzję z biskupami i przekonał ich prostym argumentem: wojna aborcyjna doprowadzi w przyszłości do liberalizacji prawa. Czarny protest pokazał to dobitnie. Dlatego też powiedział w Sejmie, że forsowanie radykalnych rozwiązań przyniesie skutki odwrotne do zamierzonych. Znamienne, że przed sejmowym głosowaniem - gdy posłowie przesłali do komisji tylko radykalny projekt Ordo Iuris - Episkopat nie wydał żadnego komunikatu ws. aborcji, lecz dopiero gdy to nastąpiło, biskupi oświadczyli, że kobiet nie należy karać więzieniem. Wśród biskupów są fundamentaliści, ale abp Stanisław Gądecki czy prymas Wojciech Polak - mimo że twardzi konserwatyści - są także realistami.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej