Kiedy 16 listopada ubiegłego roku prezydent Duda wręczał nominacje członkom nowej Rady Ministrów, jeden z nich musiał czuć się szczególnie wyróżniony. To profesor Piotr Gliński. Objął resort kultury, ale w drodze zadośćuczynienia za przykrości związane ze słynnym wystąpieniem z tabletu w roli "premiera technicznego" został też dowartościowany teką wicepremiera.

Wojna z "salonowcami"

Część świata kultury tzw. wysokiej przyjęła nominację profesora Glińskiego z niemą prośbą, żeby był łaskaw nie wtrącać się w działalność merytoryczną zależnych od ministerstwa instytucji. Minister uznał więc, że reagować trzeba, i to ostro, pryncypialnie oraz w zgodzie ze sprawiedliwością społeczną. Poszedł więc na wojnę z "salonowcami", którzy - łagodnie rzecz ujmując - nie potraktowali go z należytą powagą. I zrobił rzecz najgorszą z możliwych: obraził się na kulturowy biotop, z którym przyszło mu pracować. Uczynił to w sposób wyniosły i prostacki, co uznać należy za polityczną głupotę.

Dał temu najpełniejszy wyraz w osławionym audycie z trybuny sejmowej 11 maja, dokonując druzgocącej oceny działalności poprzedników w MKiDN. Oglądałem. To była jatka. Tak po prawdzie Gliński po swoim wystąpieniu powinien natychmiast udać się do prokuratury w celu doniesienia na dotychczasową przestępczą działalność w objętym przez siebie resorcie. Każde zdanie audytu to zarzut wagi ciężkiej: brak programu, korupcja, kolesiostwo, zła wola, nielegalny wywóz dokumentów do Niemiec, nieudolność, marnotrawienie środków, wielomilionowe wydatki na zagraniczne podróże, brak nadzoru, a na końcu stwierdzenie, że MKiDN to "przepompownia publicznych pieniędzy".
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej