W Dreźnie, w środowisku tzw. Pegidy, samozwańczych obrońców Zachodu przed islamizacją, Merkel jest symbolem zła. Pół roku temu na demonstracjach niesiono dla kanclerz szubienicę. Nikt we współczesnych Niemczech nie odważył się sięgnąć po takie argumenty.

Merkel mówiła na uroczystościach o potrzebie dialogu i tolerancji. I o dniu radości z tego, że jej kraj nie jest już podzielony. Tłum, który ją wygwizdał, udowadniał jednak coś innego.

Była NRD przez lata kojarzyła się z wegetacją. Ci, którzy nie wyjechali na Zachód, wiedli gnuśny żywot w pustoszejących miasteczkach, często na bezrobociu. Postkomuniści mamili ich hasłami o społecznej sprawiedliwości, jaka panowała przed zjednoczeniem. Neonaziści mówili o porządku, który był, gdy w Niemczech nie przebywali obcy. Wschód wiądł w ciszy. Aż do teraz.

Gdyby uroczystości odbyły się gdzie indziej, gwizdów i krzyków może by nie było. Pegida to fenomen wyłącznie Drezna. Co poniedziałek na Theaterplatz zbiera się tam kilka tysięcy osób. Manifestacje zamieniają się w seans pogardy wobec polityków, mediów, obcych. Fetuje się za to Władimira Putina, który stawia czoło imperialistycznej Ameryce i zgniłej Europie.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej