Ustawa zaostrzająca aborcję to horrendum, ale tylko nieco mniejszym horrendum jest tak zwany kompromis aborcyjny, którego tak gorliwie broni dziś PO, że chce go wpisać do konstytucji. Odpowiedni artykuł konstytucyjny będzie zapewne brzmiał: "Kobiety w Polsce nie mogą samodzielnie podejmować decyzji w sprawie swojego macierzyństwa prócz przypadków gwałtu i zagrożenia życia". Kobieta zgwałcona będzie więc bardziej samodzielna niż kobieta niezgwałcona.

Obrońcy "kompromisu" bez wahań uznają, że kobiety nie mogą decydować o sobie, że nie są dość odpowiedzialne, by wiedzieć, czy chcą i mogą być matkami, czy nie. Zdecyduje o tym prawo zapisane przez PO, PiS czy inne patriarchalne partie, które różnić się będą od siebie stopniem łaskawości wobec nieobliczalnych, infantylnych kobiet.

Przecież jeśli domagamy się prawa do aborcji, to domagamy się prawa decydowania o sobie nie tylko w przypadkach granicznych (gwałt, zagrożenie życia, uszkodzony płód), ale w każdej sytuacji, również wtedy, gdy wiemy, że nie możemy sprostać rodzicielstwu. W możliwości przerwania ciąży (bo to możliwość, nie konieczność ani przywilej) chodzi o odpowiedzialne macierzyństwo, o dzieci, które są chciane, a nie o niechciane dzieci i nieodpowiedzialne rodzicielstwo, do którego zmusza obecny "kompromis". Co robić, gdy kobiety podejmą nieodpowiedzialny wybór o przerwaniu ciąży? Nikt tego nie może osądzać, bo nikt dorosły nie może osądzać innego w tak podstawowych sprawach. Można radzić, wspierać, pomagać. Ale tak ważna życiowa decyzja powinna po prostu należeć do kobiety i jej partnera. I to nie tylko wtedy, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej