Wybór Brudzińskiego zaskakuje, bo jego ostatnie nieodpowiedzialne wyczyny mogły się skończyć niewyobrażalną tragedią. Jak czytamy na portalu "Faktu", Brudziński "dostąpił zaszczytu spędzenia części wakacji z Kaczyńskim. To była prawdziwie męska przygoda! Prezes i jego pretorianin pływali łódką i łowili ryby. Na otwartej wodzie miała jednak miejsce także mrożąca krew w żyłach sytuacja".

Oddajmy głos samemu autorowi fatalnego pomysłu, by podstępnie zwabić na łódkę prezesa, który opowiada tygodnikowi "wSieci" o szczegółach. Gdy wypłynęli na Zalew Szczeciński, rozpętało się piekło. "Mój serdeczny przyjaciel Przemysław klął jak szewc, że narażam lidera PiS (...).

Z dalszej niefrasobliwej paplaniny Brudzińskiego wynika, że nie ma on, tak jak prezes, żadnego pojęcia o sterowaniu w sytuacji, gdy bałwany z furią napierają. "Okazuje się, że w tym dramatycznym momencie sam prezes PiS usiadł za sterem i zamiast płynąć bokiem do fali, poszedł na zwarcie. Poszliśmy dziobem na falę, a potem wyszła tęcza". Pomińmy raczej niewczesny wtręt na temat tęczy. Ale jak to możliwe, by wiceprezesem PiS został ktoś, kto - w przeciwieństwie do arcysternika - nie wie, że gdy szaleją żywioły, w żadnym razie nie wolno się do nich ustawiać burtą, czyli słabizną, lecz dziobem? Przecież gdyby prezes w ostatniej chwili nie odepchnął Brudzińskiego i nie pochwycił mocarną dłonią steru, skończyłby jak bohater pieśni Macieja Zembatego: "Na dnie płetwonurek/ Co ma długą rurę/ Ładnie szura, ładnie/ długą rurą po dnie". Po prostu groza.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej