Jacek Kurski mógł wezwać Wojciecha Smarzowskiego do cudownie nabytej leśniczówki, podjąć go na podjeździe w kąpielowych gaciach, wcisnąć garść banknotów, strzelić wspólne selfie, wysłać mistrza na drzewo i kazać "Wiadomościom" trąbić o spotkaniu dwóch Wielkich Polaków. To dla wszystkich byłoby jeszcze bardziej upokarzające. Ale pewnie mu do głowy nie przyszło, że kaska i łaska prezesa to nie dla każdego wystarczający powód, by tańczyć na tylnych łapkach, jak w PiS tańczy się przed Nowogrodzką.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej