Wyobraźnia polityków tzw. dobrej zmiany nie zna granic. Gorzej z realiami.

To, jakiej Unii Europejskiej chciałaby rządzona przez PiS Polska, wiemy mniej więcej od stycznia, czyli od momentu, gdy Komisja Europejska wszczęła procedury dotyczące łamania praworządności w Polsce. Odtąd politycy rządzącego obozu nieustannie atakują Komisję, zarzucając jej uprawianie polityki, oderwanie od rzeczywistości, antypolski spisek... Kaczyński chciałby Unię rozwodnić, instytucje wspólnotowe osłabić, a Brukseli zabronić mieszania się do wewnętrznych spraw państw członkowskich. By wykonawcy "dobrej zmiany" mieli zupełnie wolną rękę.

Jedynym sposobem na zrobienie tego jest zmiana traktatów. A najlepiej przyjęcie nowych. Politycy PiS już się do tego palą. Prezes zlecił nieznanemu z nazwiska prawnikowi przygotowanie odpowiedniego projektu. Nie wystarczy jednak, jak sugerują pani premier i szef MSZ, podjąć jedną odważną decyzję, coś przegłosować i Unia zacznie funkcjonować według nowych zasad.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej