Głosowania w Meklemburgii nie można traktować jak prawyborów do Bundestagu. Ten land nie jest Niemcami w pigułce. Oprócz strachu przed uchodźcami wpływ na wynik miały liczne pretensje wyborców do rządzących. O biedę, bezrobocie, brak perspektyw, o typowe bolączki byłego NRD, którym w Meklemburgii ćwierć wieku po zjednoczeniu nie udało się zaradzić. AfD nie będzie drugą siłą polityczną Niemiec.

Ale wyniki tych wyborów to dla Merkel mocny cios.

Kanclerz chwieje się od miesięcy, w sondażach spadają notowania jej i jej partii. Nie jest już matką narodu pewną ręką trzymającą ster państwa, na jaką stylizowała się jeszcze dwa lata temu. Jest poobijanym politykiem. Wciąż nie wiadomo, czy będzie się ubiegać o czwartą kadencję kanclerską. Z doniesień prasowych wynika, że bawarscy chadecy są temu przeciwni. Według sondaży co drugi Niemiec chciałby na czele rządu bardziej konserwatywnego polityka.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej