Szkopuł w tym, że wokół sankcji gospodarczych, o wiele ważniejszych i dotkliwszych, zaczyna być coraz gorzej. Robert Fico, premier Słowacji sprawującej teraz unijną prezydencję, ogłosił w zeszłym tygodniu po wizycie w Moskwie, że są niecelowe i trzeba z nimi skończyć.

Słowakom czy Węgrom już wcześniej zdarzało się mówić takie rzeczy, ale ostatecznie wszystkie kraje UE przyłączały się do konsensusu forsowanego przez Angelę Merkel i François Hollande'a. A ci wbrew oporom we własnych obozach politycznych, a nawet i we własnej dyplomacji, od lata 2014 r. co pół roku obstawali za przedłużaniem sankcji.

Ale teraz w Brukseli coraz częściej słychać apele o "mocniejsze włączenie całej UE" w proces pokojowy oparty na porozumieniu mińskim z lutego 2015 r. Niestety, w tych wezwaniach o wychodzenie poza format normandzki (Niemcy, Francja, Rosja, Ukraina) nierzadko chodzi o mocniejsze uwzględnianie głosu krajów UE niechętnych sankcjom. Te wygasają z końcem stycznia 2017 r., do ich przedłużenia trzeba jednomyślnej zgody wszystkich członków UE.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej