I coś w tym rzeczywiście jest. Opatrzność jakoś tak raz za razem wyciąga Rosję z toni.

Kiedy pytam rosyjskich znajomych, kiedy były u nich najsroższe zimy, to prawie wszyscy domyślają się, że w 1812 i 1941 r. Rzeczywiście to dwie z trzech najcięższych zim, które w swej historii przeżyła Rosja. I obie zdarzyły się akurat wtedy, kiedy kraj był w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Pierwsza wyniszczyła Wielką Armię Napoleona, która zajęła Moskwę, a potem stopniała, uciekając w mrozie, przez śniegi ku cieplejszym krajom.

W czasie drugiej niespotykane tu sorokowiki (mrozy, kiedy temperatura spada poniżej 40 stopni) wymroziły Wehrmacht na przedpolach Moskwy. Niemcy mówili potem, że pokonał ich "generał Mróz".

A teraz znów mamy coś podobnego. W Rosji kryzys, a jej gospodarka, która baryłką się toczy, kurczy się wraz ze spadkiem cen ropy na rynkach światowych. Przed krajem stoi straszne widmo końca epoki węglowodorów zastępowanych wraz z rozwojem nauki przez inne źródła energii.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej