To się kojarzy fatalnie. Choćby z tym, że Stalin rozpoczął wojnę zimową w 1939 r. od oskarżenia Finów o ostrzelanie pozycji wojsk radzieckich przy granicy i zabicie kilku żołnierzy. Dziś wiadomo, że do czerwonoarmistów strzelała nie armia fińska, ale swoi na rozkaz Moskwy, by dać pretekst do "małej zwycięskiej wojny", która okazała się niemała.

Przypomina się sytuacja z sierpnia 2008 r. Wtedy także były igrzyska, trwała kampania wyborcza przed zmianą gospodarza Białego Domu, mnożyły się prowokacje na granicy rosyjsko-gruzińskiej. I wybuchła wojna, armia Rosji weszła do Gruzji.

Zanim jednak się wyjaśni, do czego - i czy w ogóle - doszło w niedzielę i poniedziałek na granicy anektowanego Krymu i ukraińskiego obwodu chersońskiego, warto zwrócić uwagę na niepokojące gesty Moskwy.

Władimir Putin, oskarżając władze Ukrainy o "przejście do praktyki terroryzmu", sam wrócił do polityki podważania legalności ich wyboru. O Petrze Poroszence i jego ekipie powiedział: "Ci ludzie, którzy w swoim czasie przechwycili władzę w Kijowie". Tak prezydent Rosji nie mówił od 2014 r., kiedy odmawiał uznania "junty ukraińskiej" za partnera do rozmów. Dziś wraca do tej retoryki. Zagroził też, że Moskwa nie pozostawi tego, co się stało, bez odpowiedzi. Nad tym, jak odpowiedzieć, zastanawiała się wczoraj na zwołanym w trybie pilnym posiedzeniu kremlowska Rada Bezpieczeństwa.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej