To radosne wydarzenie, ale dopiero dzięki smacznej zmianie mogła ona zaistnieć w skali masowej i trafić pod każdą polską strzechę. Gdyż smacznej zmianie zawdzięcza Wildstein szansę czytania tego dzieła głosem miękkim jak kaczuszka z reklamy płynu zmiękczającego. Taką możliwość stworzono mu w Programie 3 Polskiego Radia.

Trzeba powiedzieć, że była to nad wyraz fortunna decyzja zwierzchności. Wreszcie z kart tej gigantycznej pod każdym względem księgi dowiadujemy się, kto konkretnie czai się za tym, że kraj legł w gruzach. Takich nikczemnych Siecieni autor spotykał w swym pracowitym życiu stale, a teraz ich precyzyjnie i bez litości zdemaskował. Są ich legiony.

I niech nas nie zwiodą potwornej urody dygresje, o które się od czasu do czasu potykamy: "Ciemność błękitniała, ustępowała, pękała szkarłatnie, odsłaniając białą perspektywę ciągnącą się aż po odległy las, a mój nieustający zachwyt nad zmiennością pór wzbierał nostalgią". To tylko chwilowe demonstracje nieograniczonych niczym możliwości lirycznych autora. Możemy je z otwartymi ustami podziwiać, lecz pamiętajmy o meritum: "Cienie moich czasów" są przede wszystkim bezwzględnym oskarżeniem. Korowód złowrogich postaci ożywa w radiu dzięki niezawodnej biegłości lektorskiej Wildsteina, a my, słuchacze, wreszcie poznajemy tę twórczość bez najmniejszych przeinaczeń. Dotąd było odmiennie: "Ogromna większość nie czyta, tylko dowiaduje się o tym, co napisałem, z pamfletów, w których nawet treść moich tekstów jest przeinaczona".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej