Zwycięstwo Trumpa byłoby katastrofą dla świata. Nominacja otwierająca drogę do katastrofy jest szansą. Byśmy się otrząsnęli i wreszcie pojęli, jak ryzykowna jest nasza beztroska.

Anne Applebaum w "Magazynie Świątecznym" (23-24 lipca) opisała niepokojące związki Trumpa z Rosją. Nie on pierwszy budzi taki niepokój. Berlusconi był wcześniej. I Orbán. I Le Pen. W Polsce tropy prowadzą do Rydzyka, Macierewicza, Korwin-Mikkego. Wielu ludzi rozsadzających zachodnią wspólnotę niepokojąco wiele łączy z autorytarnym Wschodem. Przyjęliśmy to do wiadomości.

Ale Trump to co innego. On zbliża się do zdobycia kontroli nad jądrem naszego świata. Nad centrum finansowym, najpotężniejszą armią, węzłami telekomunikacyjnymi, energią, technologią - nad wszystkim, co decyduje o funkcjonowaniu Zachodu. Może ta kontrola nie jest absolutna, ale jest gigantyczna.

Nie chcę uwierzyć, że Trump może za pół roku być prezydentem USA. Ale jeśli nie on i nie tym razem, to jednak za cztery lata w USA znów będą wybory. I znów może wrócić pytanie: Czy w Białym Domu wyląduje ktoś bliższy poglądom, interesom, wizjom i planom Putina niż naszym? Co to znaczy dla Polski, Europy Centralnej, Unii Europejskiej, całego Zachodu?
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej