Flirtując z PiS, lewica polska zmierza do popełnienia politycznego samobójstwa porównywalnego z tym, jakiego dokonała po wojnie PPS, idąc na współpracę z komunistami.

W ostatnim czasie mnożą się komplementy płynące ze strony lewicowych polityków i publicystów pod adresem PiS i ekipy "dobrej zmiany". Wiele z nich - począwszy od aprobatywnych wypowiedzi Leszka Millera, przez pochwały Rafała Wosia, po oferty współpracy składane przez Grzegorza Sroczyńskiego "PiS-owskiemu ludowi" - było już przedmiotem krytycznych i zgryźliwych komentarzy na tych łamach. Analizowano także powody, dla których tak wielu lewicowych działaczy i ideologów gotowych jest przedkładać socjalne mrzonki nad demokratyczne standardy oraz los beneficjentów programu 500+ nad los Trybunału Konstytucyjnego i innych demokratycznych instytucji.

Kierują nimi te same skłonności i złudzenia, które wielu działaczy PPS pchnęły do poparcia instalowanego w Polsce po wojnie komunizmu jako systemu obiecującego spełnienie socjalnych postulatów i marzeń lewicy o sprawiedliwości społecznej. Zamiast demokratycznego socjalizmu, będącego ideałem tej lewicy, dostali demokrację socjalistyczną, która miała się do demokracji (zgodnie ze znanym powiedzonkiem) jak krzesło elektryczne do krzesła. To oznaczało koniec PPS i demokratycznej lewicy w Polsce na dziesięciolecia.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej