Sąd stwierdził, że w Smoleńsku nie doszło do zamachu, a funkcjonariusze Biura nie mieli i nie mogli mieć żadnego wpływu na zachowanie pilotów, których błędy - według ustaleń prokuratury - są głównym powodem katastrofy. Nie mogli też mieć wpływu na zachowanie innych osób na pokładzie: gen. Andrzeja Błasika, dowódcy sił powietrznych, który (znów zdaniem biegłych prokuratury) wywierał presję na załogę, czy dyrektora protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany, który nerwowo krążył między kokpitem a kabiną, informując m.in.: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić".

Gen. Bielawny został skazany za to wszystko, co mogło się zdarzyć, gdyby nie doszło do katastrofy. Przede wszystkim za to, że mimo informacji o wyłączeniu z użytkowania lotniska w Smoleńsku i złych warunkach technicznych, które tam panują, nie dostosował się do sytuacji.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej