Trudno pojąć nastroje w obozie zwycięzców. Dlaczego oni są tak sfrustrowani, spięci i rozwścieczeni? Za przykład może tu posłużyć prof. Nalaskowski z UMK w Toruniu. To specjalista pedeutolog badający osobowość nauczyciela i etykę zawodu nauczycielskiego oraz przewodnik studentów. Jakby tego było mało, jest publicystą "odważnego tygodnika młodej Polski" - "wSieci".

Skąd w tym odważnym młodzieńcu koło sześćdziesiątki tyle goryczy? Zamiast z ukontentowaniem wycinać brawurowe hołubce i galopować po świecie w rytmie kankana, robić na cześć wygranej PiS efektowne szpagaty, gwiazdy i wyrzuty nóg do góry, ten zbolały nieszczęśnik sam siebie wpędza w głęboką depresję, co się wiąże z tym, że - jak stwierdza - odrażająco cuchnie. Może kluczem jest tu tytuł jednej z jego prac: "Dzikość i zdziczenie jako kontekst edukacji"?

Nalaskowski zwierza się na portalu wPolityce ze swojego opłakanego stanu i zazdrości starszym pokoleniom, którym dużo łatwiej było znosić drwiny, jakich im nie szczędzono. Bo jego zdaniem naziści, ubecy lub bolszewicy nie byli w swoich metodach mistrzami w posługiwaniu się drwiną. "To była drwina bezpośrednia, fizyczna i prosta". Podobny rodzaj drwiny Nalaskowski zniósłby z wesołą pieśnią na ustach. Jednak współczesne metody to zupełnie inna bajka. "Dzisiaj czuję się wyśmiany, wyszydzony i upokorzony samym faktem, że jeszcze śmie się pokazywać publicznie Kwaśniewski, Komorowski czy Wałęsa (kapuś transformacji)".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej