Gdy parę lat temu Antoni Macierewicz przy różnych okazjach odwoływał się do katastrofy smoleńskiej, aż prosiło się o złośliwy komentarz, że temu politykowi wszystko kojarzy się z tragedią z 10 kwietnia 2010 r.

Przed rokiem perorował w Brukseli: "Gdyby od początku było międzynarodowe śledztwo w sprawie katastrofy w Smoleńsku, nie doszłoby do aneksji Krymu, wojny w Donbasie, zestrzelenia tam malezyjskiego samolotu i śmierci Niemcowa. Zbrodnia nieukarana jest powtarzana. Gdyby Polska wymogła na Kremlu śledztwo międzynarodowe w sprawie Smoleńska, to udowodniłoby ono winę Putinowi i w efekcie powstrzymało go od kolejnych zbrodni". Innym razem, przy okazji kolejnej rocznicy katastrofy smoleńskiej, przemawiał na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie: "Tragedia smoleńska była pierwszą salwą wymierzoną w pokój w Europie. Usunięto tych, którzy bronili Polski i Europy i byli rzeczywistym przedmurzem cywilizacji zachodniej".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej