Święto 4 czerwca zyskuje na autentyzmie i spontaniczności, gdy nie jest organizowane przez czynniki oficjalne, a wręcz przez nie bojkotowane. Prezydent bawi w Neapolu, pani premier to nie obchodzi, a Beata Kempa robiła, co w jej mocy, by w święcie wolności uczestniczyło jak najmniej Polaków. Bo nie dość, że manifestacje KOD mają antyrządowy charakter, to jeszcze 4 czerwca jest rocznicą, która zadaje kłam pisowskiej historiografii roku 1989 i ostatniego ćwierćwiecza.

To święto wolności, a nie zniewolenia; porozumienia, a nie spisku; zwycięstwa dobra wspólnego, a nie układu. To wreszcie bezkrwawe zwycięstwo, a nie krwawa klęska.

Marsz w Warszawie to była radosna manifa obywateli, którzy uważają ostatnie 27 lat - mimo wszelkich niedociągnięć i rachunków krzywd - za wielki sukces Polski. Sukces, który dziś władza PiS bezwstydnie i w marnym stylu depcze.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej