Andrzej Duda został prezydentem z rekomendacji partii, która ogłosiła, że Polska po 25 latach od upadku komunizmu jest w ruinie. Prezydentowi Niemiec Joachimowi Gauckowi sam opowiadał, że stoi na czele kraju, który nie jest sprawiedliwy. Polskim emigrantom w Wielkiej Brytanii odradzał powrót do kraju.

Prezydent jest niezłomny i konsekwentny. Dlatego nie będzie go w kraju, gdy jakieś grupy kolesiów będą opowiadać, że 4 czerwca 1989 r. był początkiem przełomu, że narodziła się polska demokracja, że podobno rozpoczął się jakiś polski sukces, dzięki czemu Rzeczpospolita stała się dla wielu krajów świata niedoścignionym wzorem. Andrzej Duda w te bajki nie wierzył i nie uwierzy.

W tym roku 4 czerwca celebrować będzie wyłącznie gorszy sort Polaków, i to w iście animalnym uniesieniu - na antyrządowych demonstracjach. A pan prezydent - co kilka miesięcy temu ogłosił w Otwocku - zalicza się do lepszej części narodu. Bliski sercu Andrzeja Dudy poeta już dawno przestrzegał, że "to, co nas podzieliło - to się już nie sklei". Prezydent po prostu musiał tego dnia opuścić Polskę.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej