Wiadomo już, że Sojusz zdecyduje wtedy o "stałej, wysuniętej, rotacyjnej obecności" sił NATO na tak zwanej wschodniej flance. Nie wiadomo jeszcze, jak silne będą te oddziały i gdzie będą stacjonować, ale takie rozwiązanie jest przesądzone. Nie jest to dokładnie to, co zapowiadał prezydent Andrzej Duda w inauguracyjnym przemówieniu, gdy mówił o ustanowieniu stałych baz w Polsce oraz doprowadzeniu do wypowiedzenia porozumienia NATO - Rosja, które taka możliwość ogranicza.

Pomijając jednak natowskie lingwistyczno-dyplomatyczne łamańce, którymi określany jest status wojsk Sojuszu głównie na terenie Polski i krajów bałtyckich, znaczenie tej decyzji jest fundamentalne. Obojętnie, jak liczne, obojętnie, w jakim charakterze - stałym czy rotacyjnym - jednostki Sojuszu w razie jakiegokolwiek zagrożenia Polski będą jej bronić od razu. Bo po prostu na naszym terenie będą. Ograniczeniu do minimum ulegnie pokusa politycznych dysput w ramach Sojuszu, czy siły NATO powinny zaangażować się zgodnie z artykułem 5 traktatu waszyngtońskiego i formułą "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej