Węgrzy chcieli pokazać, kto przejął przywództwo Grupy Wyszehradzkiej. Nie Czechy, które jej dziś przewodniczą, ani Polska, kraj czterokrotnie większy od Węgier, która prezydencję obejmie. Bo po kilku miesiącach rządów PiS nie nadajemy polityce zagranicznej nowego biegu, lecz jedynie naśladujemy Budapeszt. I Węgrzy dobrze o tym wiedzą.

A Węgrzy to partner nieprzewidywalny. - Jesteśmy w stanie nawiązać współpracę z każdym państwem w ramach obowiązującego prawa. Poparliśmy sankcje wobec Rosji, ale nie zamykamy się na współpracę z nią. Wy tego nie rozumiecie, bo jesteście dużym krajem. My jako mały kraj jesteśmy zdani na innych i nie chcemy stawać po żadnej ze stron - mówił do polskich dziennikarzy Levente Magyar, sekretarz stanu w MSZ. Zapewniał przy tym dyplomatycznie, że państwa Grupy Wyszehradzkiej to "bliski sojusznik Węgier".

Znana melodia. Węgrzy nieraz deklarowali chęć uniezależnienia Europy od energii z Rosji. Równocześnie jednak za 10 mld euro rozbudowują elektrownię atomową w Paks dzięki rosyjskiemu kredytowi. Rosjanie, którzy uczestniczą w budowie, zagwarantowali sobie dziesięcioletni monopol na dostawę paliwa do tamtejszych reaktorów. A więc przez te dziesięć lat Rosja będzie całkowicie kontrolować jedną trzecią energii potrzebnej Węgrom.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej