Na początku kryzysu migracyjnego wielu europejskich polityków przyjęło za oczywistą tezę, że fala migracyjna jest zbyt duża, aby ją powstrzymać. Naturalną konsekwencją tego założenia była rezygnacja z egzekwowania reguł schengeńskich i dublińskich, a więc pełna otwartość naszego terytorium i odstąpienie od efektywnej kontroli granic. Skutkiem tego stało się narastające poczucie bezradności i niepewności we wszystkich bez wyjątku państwach członkowskich. Pojawiły się, mniej lub bardziej uzasadnione, obawy co do naszego bezpieczeństwa. Ten rodzący się strach, powszechny, choć nie zawsze racjonalny, szybko stał się pożywką dla politycznych ekstremizmów. W europejskiej debacie pojawiły się katastroficzne przepowiednie i pytania dotyczące przyszłości Europy.

Kluczowym warunkiem powstrzymania tego niebezpiecznego trendu była zmiana paradygmatu. Kilka miesięcy temu zaproponowałem, abyśmy wspólnie przyjęli odwrotne założenie: fala migracyjna jest zbyt duża, żeby jej nie zatrzymać. Naszym priorytetem powinno być przywrócenie rzeczywistej polityki migracyjnej. A to oznacza, że Europa na nowo musi stać się podmiotem tej polityki, a nie przedmiotem. Mówiąc wprost, Unia Europejska i państwa członkowskie muszą odzyskać zdolność decydowania o tym, kto, gdzie i kiedy przekracza nasze granice. Paradoksalnie tylko takie podejście umożliwia racjonalną politykę azylancką, a więc skuteczną pomoc dla uchodźców. I tylko takie podejście w przyszłości zapobiegnie tragediom na morzu. Choćby takiej jak w zeszłym tygodniu.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej