W krakowskim spotkaniu prezydenta Andrzeja Dudy z amerykańskimi senatorami najbardziej zaskakujące okazało się nie to, o czym było, lecz to, o czym podobno nie było. Z informacji przekazanych opinii publicznej przez samego prezydenta i jego doradcę wynika bowiem, że kryzys konstytucyjny wokół TK nie był przedmiotem zainteresowania amerykańskich gości. Nawet więcej, okazało się, że podobno uważają go za coś absolutnie normalnego w demokracji, a problem z nominacją nowego sędziego Sądu Najwyższego miałby być tego najlepszym dowodem.

Pod restauracją, w której odbywało się spotkanie, grupa ludzi wykrzykiwała: "Konstytucja! Konstytucja!", a nasi goście wykazali zdumiewająco chłodny dystans i nawet nie próbowali zapytać, o co chodzi. Przeciętnemu człowiekowi rzeczywiście trudno w to uwierzyć, chociaż z drugiej strony trudno też podważać wiarygodność informacji płynących z Kancelarii Prezydenta. Z bardzo prostego powodu - przekazywanie nieprawdy najzwyczajniej w świecie by się po prostu nie opłacało i mogłoby być łatwo zaprzeczone przez któregoś z senatorów. Chyba że, co w dyplomacji się zdarza, strony tak się umówiły. Wkraczamy więc w obszar specyficznego języka dyplomacji, w którym przekaz negatywny jest niekiedy znacznie bardziej wymowny niż przekaz pozytywny. Jak w znanej anegdocie: gdy dyplomata mówi "tak", to znaczy "być może"; gdy mówi "być może", to znaczy "nie"; natomiast gdy mówi "nie", to nie jest to już dyplomacja.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej