Od Tunezji po Jemen i od Libii po Egipt arabskie dyktatury chwiały się wówczas pod presją pokojowego sprzeciwu, a demokratyczna przemiana regionu zdawała się nieuchronna. Bez niej - zgodnie, acz z różnych pozycji twierdzili palestyńscy intelektualiści i izraelscy ministrowie, George W. Bush i Barack Obama - nie będzie tam ani stabilności, ani pokoju; sceptycy co najwyżej zaś stali na stanowisku, że jest ona wprawdzie może warunkiem koniecznym, ale dalece niewystarczającym. Dziś robienie bilansu tych marzeń, które wówczas sam podzielałem, wydaje się zajęciem równie jałowym, co okrutnym. No to zróbmy bilans klęski.

Po pierwsze więc, sięgnięcie po przemoc, choćby nie wiem jak uprawnione, dramatycznie ogranicza i szanse na zwycięstwo, i perspektywy budowy demokracji. Z badań politologów Eriki Chenoweth i Marii Stephan wynika, że ruchy bez przemocy mają dwa razy większą szansę na sukces i że ten sukces jest zazwyczaj trwalszy. Tyle tylko że do tanga trzeba dwojga - reżimy obalone przez skuteczne ruchy bez przemocy z reguły same były mniej brutalne. Jak powiedział Gandhi zapytany, czy Żydzi w III Rzeszy powinni się wzorować na jego kampanii biernego oporu w Indiach: "Jest łatwiej, jeśli się walczy z imperium brytyjskim". Jedynym krajem, gdzie arabska wiosna odniosła sukces, jest Tunezja - bo tamtejszy dyktator po prostu się spakował po kilku dniach. W Egipcie jest dziś za to dyktatura gorsza niż za Mubaraka, a w Libii i Jemenie jest równie źle jak w Syrii - choć tylko Syryjczycy sięgnęli po broń.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej