Trump jest dzieckiem szczęścia - jego wyniki są znacznie lepsze niż jego realne poparcie. W pierwszych czterech stanach, które wybierały kandydatów republikańskich w lutym, dostał 33 proc. głosów. W 11 stanach, które głosowały we wtorek, dostał łącznie 34 proc. A teoretycznie powinien był zdobyć więcej, bo liczba rywali się zmniejszyła (kilkoro kandydatów w międzyczasie zrezygnowało).

Miliarder wygrywa gładko tylko dlatego, że głosy antytrumpowskie są rozbite. Ale to się nie zmieni, bo dwaj jego rywale - senatorowie Rubio i Cruz - są zdeterminowani, by walczyć dalej.

Skrajny konserwatysta Cruz powiada: "Jestem jedynym, który umie pokonać Trumpa". Faktycznie wygrał w czterech z 15 stanów, które dotąd głosowały, ale - żeby zachować realne szanse - powinien był wypaść dużo lepiej. Jeśli nawet na konserwatywnym Południu przegrał z Trumpem, to gdzie i jakim cudem miałby go pokonać?
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej