"Spotlight", "Zjawa", "Mad Max", "Pokój", "Syn Szawła" - to zadziwiająco różnorodne kino autorskie wiele mówiące o nas. Kino zawsze jest w pewien sposób współczesne, nawet jeżeli film dzieje się w puszczy nad Missouri albo w obozie Birkenau.

Nieco odmłodzona Akademia Filmowa wbrew prognozom uznała za najlepszy film "Spotlight" Toma McCarthy'ego. Pamiętam jego obsypanego nagrodami "Dróżnika" sprzed 13 lat - film o karle, fanatyku kolei, którego oczami patrzymy na świat. Ten dziwny dróżnik nie chce być obiektem litości. Chce być podmiotem, równoprawnym partnerem. I staje się nim. Olśniewający, subtelny, niezależny debiut McCarthy'ego.

"Spotlight" opowiada historię uwieńczonego Nagrodą Pulitzera dochodzenia dziennikarzy "The Boston Globe", którzy w 2002 r. ujawnili aferę pedofilską w bostońskiej diecezji. Film jest znakomicie skomponowanym, rozegranym głównie na ludzkich twarzach prawniczym thrillerem, dochodzeniem prawdy.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej