Premier Viktor Orbán cały ubieg-ły rok pracował nad urabianiem opinii publicznej. Rząd przeprowadził intensywną kampanię "informacyjną", aby wmówić obywatelom, że przyjęcie uchodźców automatycznie wiąże się ze wzrostem zagrożenia terrorystycznego. Większość Węgrów udało się szybko przekonać. Jeśli pozostali jacyś niezdecydowani, to prawdopodobnie po listopadowych zamachach w Paryżu oni również poparli linię rządu. Na nic zdały się głosy, że Państwo Islamskie celowo przeszmuglowało do Paryża zamachowców wśród uciekających przed wojną Syryjczyków, by jeszcze bardziej podzielić Europę wokół kryzysu uchodźczego.

Niechęć wobec uchodźców jest na Węgrzech ogromna, a wynik referendum z góry przesądzony. Równie dobrze rząd mógłby zapytać obywateli, czy pragną być wiecznie piękni i młodzi.

Rządzący Węgrami uznają referendum za narzędzie sprawowania władzy. Organizują je wtedy, gdy służy to ich interesom, i blokują wszystkie próby podejmowane przez opozycję, która też chciałaby przeprowadzić głosowanie. Np. socjaliści z MSZP od ubiegłego roku domagają się referendum w sprawie wprowadzonego przez Fidesz zakazu handlu w niedziele, ale nie są w stanie tego zrobić, bo według przepisów uchwalonych przez rządzących krajowy urząd wyborczy ma prawo zajmować się jednocześnie tylko jedną propozycją referendum w tej samej sprawie. Procedura rozpatrywania wniosku referendalnego może trwać do trzech miesięcy.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej