Tyle właściwie starczy za podsumowanie drogi, którą przebył Egipt w ciągu tych burzliwych pięciu lat. Antyreżimowy bunt wybuchł pod hasłami "chleba, wolności, godności i sprawiedliwości". Dziś każdego z tych towarów nad Nilem brakuje nawet bardziej. Często słychać opinie, że reżim obecnego prezydenta Abdula Fattaha as-Sisiego jest gorszy niż 30-letnie rządy Mubaraka. W Egipcie jest 40 tys. więźniów politycznych. Tylko w ubiegłym roku grubo ponad tysiąc ludzi "zniknęło" aresztowanych bez wieści. Setki, przede wszystkim domniemanych islamistów na Synaju, zabito bez procesu.

Władze dbają, by nie doszło do powtórki rewolucji - tej z 2011 r. i tej z 2013 r., która pomogła armii usunąć pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta Egiptu Mohameda Mursiego oraz zdominowany przez islamistów parlament. Jedyna w Kairze demonstracja w piątą rocznicę egipskiej wiosny była prorządowa. Dwóm komediantom, którzy próbowali wręczyć ochraniającym ją policjantom nadmuchane prezerwatywy, grozi sześć lat więzienia.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej