Czwartkowy miniszczyt w brukselskiej ambasadzie Austrii (z udziałem premiera Turcji Ahmeta Davutoglu) był ważniejszy od właściwego posiedzenia Rady Europejskiej, które zaczęło się parę godzin później. Pokazał, że w Europie coraz mocniej wyodrębnia się grupa krajów, które - choć czasem z zaciśniętymi zębami - chcą dzielić się ciężarem w kryzysie uchodźczym. Biletem wstępu do ambasady była gotowość udziału w rychłych przesiedleniach Syryjczyków bezpośrednio do UE z Turcji, która w zamian miałaby hamować falę nielegalnej migracji przez morze do Grecji i potem na północ Unii.
Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej