W tej chwili losy państwa prawa i polskiej demokracji zależą od jednego człowieka, który - jeśli chce uratować te wartości - ma tylko jedną dostępną ścieżkę działania, zgodną z konstytucją.

Człowiekiem tym jest profesor Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Można rzec, że jest to nie fair wobec niego: nie prosił się o to, nie jest to w jego charakterze, a w normalnych czasach nie należałoby to do jego funkcji. Ale to nie są normalne czasy.

W obliczu bezprawnych działań: + Sejmu (pozbawiona podstaw prawnych uchwała, pozbawiająca mocy uchwałę z poprzedniej kadencji; bezprawne "wybory" nowych "sędziów" TK w braku wakatów); + prezydenta (uporczywe uchylanie się od obowiązku przyjęcia przysięgi od prawidłowo wybranych sędziów, a przyjęcie zaprzysiężenia od bezprawnie "wybranych", odmowa uznania opublikowanego już, a zatem wiążącego wyroku TK z 3 grudnia) i + rządu (uporczywa odmowa opublikowania orzeczenia TK aż do teraz, odwlekanie opublikowania wyroku z 9 grudnia) - prezes Rzepliński musi ratować konstytucję i Trybunał.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej