Nie jest to może jeszcze reakcja masowa, ale - jak na Polskę - żywa. Społeczeństwo, którego demokratyczne odruchy kamieniały przez poprzednie lata, zaczyna wracać do życia.

Demokracja to nie jest system prawny. To system społeczny. Wolne wybory, trójpodział władzy, rządy prawa, wolność słowa - wszystko to jest konieczne, żeby demokracja istniała. Ale nie wystarcza. Żadne instytucje nie zapewnią rządów demosu (czyli świadomego ludu), gdy lud (potencjalny demos) rządzeniem się nie interesuje.

Ćwierć wieku próbowaliśmy budować demokrację bez ludu. Ma to historyczne źródła. Od wciąż obecnej kultury folwarczno-pańszczyźnianej, gdzie władza działa "dla Polaków", zamiast "z Polakami", do rozumienia fenomenu 1989 r., gdy w dominującej narracji państwo odzyskało "wolność", ale nie wspomina się o społeczeństwie, które po 60 latach odzyskało prawa demokratyczne. To się zbiegło, ale nie jest tożsame.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej