Tak to jest z tymi, którzy się po latach na prezesa nawracają. A Kurski na nowo uwierzył i w talenta polityczne Jarosława Kaczyńskiego, i w zamach smoleński. Ta wiara czyni cuda. Cud w przypadku Kurskiego jest teką wiceministra z obietnicą czegoś większego.

A jeszcze parę lat temu, w 2011 r., gdy Kaczyński wyrzucił Kurskiego z partii za knowania przeciwko niemu, Kurski atakował: "PiS jest jak kolonia karna. Kaczyński sprawdziłby się w roli dyrygenta, tyle tylko, że batuta pomyliła się dyrygentowi z batem. Brzmi podobnie, ale to jednak nie to samo".

A jeszcze niedawno szarżował nawet na Macierewicza za hipotezę zamachową: "Twierdzenie bez stuprocentowych dowodów, że był to zamach, immunizuje Rosjan od odpowiedzialności za złe naprowadzanie. Macierewicz buduje potęgę Putina".

I kompletnie przeobraził swoje poglądy. Wprawdzie na listy wyborcze prezes go nie wpuścił, ale telefonicznie pocieszył, że będzie mógł inaczej służyć PiS.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej